Ludzie nie mogli zwyczajnie przejść przez bramę. Stali w kolejce. A gwardziści dość agresywnie otaczali każdego zalęknionego przybysza, by sprawdzić jego dokumenty. Wreszcie przyszła kolej na Cohena. - Papiery, dziadku! Cohen radośnie pokiwał głową i wręczył dowódcy gwardzistów arkusz papieru ze starannym napisem wykonanym przez Saveloya: JESTEŚMY WĘDROWNYMI SZALEŃCAMI. NIE MAMY DOKUMENTÓW. PRZEPRASZAMY. Gwardzista uniósł wzrok znad kartki i spojrzał na przyjazny uśmiech Cohena. - To się zgadza - mruknął złośliwie. - Umiesz mówić, dziadku? Wciąż uśmiechnięty Cohen zerknął niepewnie na Saveloya. Tego fragmentu nie wypróbowali. - Głupi staruch - stwierdził gwardzista. Saveloy oburzył się. - Myślałem, że ludziom niespełna rozumu powinniście okazywać szczególną troskę! - powiedział. - Nie można być szaleńcem bez dokumentów stwierdzających, że się jest szaleńcem. - Mam dość - wtrącił Cohen. - Mówiłem, że nic z tego nie wyjdzie, jeżeli trafimy na tępego strażnika. - Bezczelny wieśniak! - Nie jestem tak bezczelny jak moi koledzy. Orda zgodnie pokiwała głowami. - To my, platfusie. - Całuj nas w tyłek. - Co? - Wyjątkowo durny żołnierz. - Co? Dowódca był zdumiony. Odruch posłuszeństwa głęboko się zakorzenił w duszach Agatejczyków. Jeszcze silniejszy był jednak kult przodków i szacunek dla starców, kapitan zaś nigdy jeszcze nie widział ludzi tak starych, a jednak zachowujących pozycję pionową. Oni praktycznie sami byli przodkami. Ten na wózku z całą pewnością pachniał jak przodek. - Zabrać ich na wartownię! - krzyknął. Orda pozwoliła się poprowadzić, co udało się całkiem dobrze. Saveloy ćwiczył z nimi przez długie godziny, gdyż wiedział, że ma do czynienia z ludźmi, którzy na klepnięcie w ramię reagują obrotem i odrąbaniem komuś ręki. W strażnicy, kiedy weszli gwardziści, Srebrna Orda i wózek inwalidzki Wściekłego Hamisha, zrobiło się ciasno. Jeden z żołnierzy przyjrzał się skulonemu pod kocem Hamishowi. - Co tam trzymasz, dziadku? Miecz przebił koc i trafił żołnierza w udo. - Co? Co on mówi? - Powiedział „Aargh!”, Hamish - poinformował Cohen. Ostrze błysnęło mu w dłoni. Jednym ruchem chudych ramion chwycił dowódcę od tyłu i przystawił mu nóż do krtani. - Co? - Powiedział „Aargh!”. - Co? Nawet żem nie jest żonaty. Cohen odrobinę mocniej przycisnął nóż do grdyki dowódcy. - Rozważ to dobrze, przyjacielu - rzekł. - Możemy załatwić sprawę łatwym sposobem albo trudnym. - Krwiożercza świnio! To nazywasz łatwym sposobem? - Przecież nawet się nie spociłem. - Obyś żył w ciekawych czasach! Wolę zginąć, niż zdradzić swego cesarza! - Jak sobie życzysz. W ciągu ułamka sekundy dowódca uświadomił sobie, że Cohen - który zawsze mówił to, co myślał - zakłada podobną postawę u innych. Gdyby miał trochę czasu, mógłby pomyśleć, że celem cywilizacji jest uczynienie przemocy ostatnim branym pod uwagę rozwiązaniem, gdy dla barbarzyńcy jest ona pierwszym, preferowanym, a przede wszystkim najprzyjemniejszym. Ale było już za późno i osunął się na podłogę. - Zawsze żyję w ciekawych czasach - stwierdził Cohen tonem człowieka dumnego z faktu, że wiele uczynił, by wciąż były ciekawe. Skierował nóż ku pozostałym gwardzistom. Saveloy ze zgrozy rozdziawił usta. - Tradycyjnie powinienem teraz wytrzeć klingę - oznajmił Cohen. - Ale nie warto się męczyć, jeśli zaraz znowu się zabrudzi. Osobiście chętniej bym was pozabijał, niż się wam przyglądał, ale ten tutaj Ucz twierdzi, że powinienem przestać to robić i stać się człowiekiem godnym szacunku. Jeden z gwardzistów spojrzał z ukosa na kolegów i padł na kolana. - Jakie jest twoje życzenie, panie? - Aha, kandydat na oficera - pochwalił go Cohen. - Jak ci na imię, chłopcze? - Dziewięć Drzewek Pomarańczy, panie. Cohen obejrzał się na Saveloya. - Co teraz? - Weź ich do niewoli, proszę. - Jak się to robi? - No... Chyba trzeba ich związać albo coś w tym rodzaju. - Aha! A potem poderżniemy im gardła? - Nie! Nie. Rozumiesz, kiedy masz ich już w swojej mocy, nie wolno ci ich zabijać. Srebrna Orda jak jeden mąż spojrzała zdumiona na byłego nauczyciela. - Niestety, tak działa cywilizacja - dodał.